Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 12 czerwca 2014

Zapomnij o pieniądzach i bogać się

Jestem przekonana, że większość z Was, moi kochani Czytelnicy, mniej więcej zna i rozumie sposób pisania amerykańskich poradników. Oni są tak niesamowicie entuzjastyczni i pełni optymizmu, że tylko nadzieję trzeba mieć wielką, że zarażą nas tymi uczuciami całkowicie. 
Wiadomo zatem, że książka, na której okładce wielkimi literami wypisane jest "BOGAĆ SIĘ" przepełniona będzie zapałem, zagrzewaniem do walki i udowadnianiem, że na pewno się uda! A skoro napisane jest jeszcze, że autorem książki "Zapomnij o pieniądzach i bogać się", wydanej przez wydawnictwo Onepress, jest autor bestsellera, Bob Proctor, to wiemy, że mamy do czynienia z zawodowcem. Tutaj nie ma mowy o przypadku i błądzeniu po omacku. Wszystko jest sprawdzone, przetestowane, zoptymalizowane i dopieszczone do ostatniej literki. Właściwy człowiek na właściwym miejscu, podobnie zresztą jak i właściwe słowa. 
Cała książka składa się z dziewięciu rozdziałów i tyluż samo podsumowań. Można w niej również znaleźć coś na kształt ćwiczeń, które mają nam pomóc. W czym? No właśnie!
Otóż, moi mili, mamy robić nie mniej, nie więcej, tylko się bogacić! Ot co. Mamy wysunąć dumnie pierś do przodu, spojrzeć na nasze dotychczasowe życie krytycznie, przeanalizować stan konta bankowego, obiektywnie spojrzeć na etatowe zatrudnienie i całkiem blisko i uważnie przyjrzeć się naszym słabym i mocnym stronom. Najlepiej jeszcze pomnożyć pensję razy 1000. Albo nie, nie ograniczajmy się! Pomnóżmy ją razy 10000 i zacznijmy tyle zarabiać. Od teraz, od tej chwili! 
Bob Proctor zdecydowanie i konsekwentnie przekonuje nas, że jest to całkiem możliwe i bardzo realne, jeśli tylko pokonamy w sobie kilka przeszkód i zburzymy kilka, wydawać by się mogło, niezniszczalnych murów. Co więcej, proponuje, że pomoże nam w tych wszystkich zmaganiach, wystarczy, że całkowicie poddamy się jego radom (idealnie by było, gdybyśmy też kupili inne jego książki, wtedy będziemy mieli pełen obraz kształtu nadchodzących zmian...). Oczywiście nie powiem Wam jakie to rady. Oj nie! Każdy na swoje miliony zapracować musi sam, a pierwszym krokiem niech będzie przeczytanie tej książki (właściwie to autor proponuje, żeby jej nie czytać, tylko studiować i powolutku wbijać sobie, zapisane tam mądrości, do głowy). 
Jedno, co usłyszeć możecie ode mnie, kochani Czytelnicy, to to, że rzeczywiście książka napisana jest bardzo przejrzyście i klarownie. Język, jaki zaproponował nam Bartosz Oczko, czyli tłumacz, jest łatwo przyswajalny, konkretny i całkiem zgrabny, więc czyta się przyjemnie i płynnie. To, co jednak może czytelnika uwierać, to to, że już po kilkunastu stronach i kilku rozdziałach zorientować się można, że Bob Proctor sprzedaje nam to samo, ale w innej wersji. Spoiler? Bynajmniej. Dla upartego takie wbijanie do głowy zawsze będzie miało dobry skutek. Jedna prawda podana na wiele sposób. Taki styl może się podobać. Oczywiście nie musi i ja pozostanę wierna tej drugiej opcji. 
Innymi słowy jego przekaz załapałam na początku i raczej niechętnie poddałam się temu ideowemu kołowrotkowi. I chociaż człowiek dobrze gada, pomysły ma niezłe, motywuje i napędza do działania, to jednak za dużo, to za dużo. 
Ale powiem Wam, drodzy Czytelnicy, że wierzę mu. Wierzę całą sobą, bo tak pięknie potrafi wpleść w tekst zasadność posiadania jego książek i jego DVD i należenia do jego klubu i chodzenia na spotkania (płatne, a jak!) z nim, że na pewno ma łeb na karku, a na koncie miliony. 
Zatem, już na zakończenie napiszę, że aby przeczytać zakończenie wystarczy wysłać SMS o treści "mam łeb na karku" na numer...............


za książkę dziękuję wydawnictwu Onepress oraz portalowi sztukater.pl

sobota, 3 maja 2014

fikcja fikcję pogania

Czytam sobie książkę. Czytam sobie książkę, którą już znam. Czytam sobie książkę, którą już znam z filmu. Tzn. może niekoniecznie tę historię, ale na pewno tych bohaterów. Zresztą taka sytuacja ma miejsce nie pierwszy raz. Bo opowieści, historii, historyjek takich była cała masa. Ktoś coś kiedyś napisał, a jeszcze inny ktoś to potem nagrał. Nie zawsze udawało się przeczytać coś, zanim się to coś obejrzało. A czasami czytało się coś jeszcze raz, zaraz po obejrzeniu. 
W tego rodzaju literaturze jest coś pociągającego, bo w pewnym sensie polujemy na znajome znaki, chcemy zobaczyć jak coś zostało rozwiązane w książce, jak coś zostało rozwiązane w filmie. Porównujemy, oceniamy, narzekamy, cieszymy się, wyczekujemy ulubionych scen i opisów. Jasne. To dobra strona. Jest też niestety wersja zła, którą szczególnie dotkliwie można odczuć, gdy najpierw pojawiło się oglądanie, a czytanie przyszło później.
Nasza wyobraźnia zostaje najczęściej zawładnięta przez obrazy stworzone ręką reżysera. Trudno jest myśleć o postaci inaczej, niż poprzez ciało aktora, który się w nią wcielił. Trudno myśleć o miejscach innych, niż te, które widzieliśmy. Czasem wręcz słyszymy dokładnie taką samą muzykę jak w filmie. Co tu dużo mówić... film się kręci sam w naszej głowie. A szkoda... bo kto wie, co by pojawiło się w niej bez niczyjej pomocy. 

sobota, 5 kwietnia 2014

Mój Włocławek, moje życie

Przykrość, naprawdę ogromna przykrość, gdy okazuje się, że ciekawa książka okraszona jest całą serią, gamą, czy jakkolwiek to zechcesz nazwać, drogi Czytelniku, błędów. I trudno ocenić czy to błędy drukarni, błędy redaktora czy kogokolwiek. Fakt jest taki, że wspomnienia, które mogłyby być niezwykle inspirujące rozmywają się przez niechlujne ich wydanie.
Jednak zacznijmy od początku. Bożena Boczarska, wieloletnia mieszkanka Włocławka, wprowadza nas w swój, dobrze znany świat. Świat jej dzieciństwa, świat jej dorastania, świat jej najbliższych, ulubiony, wielokrotnie eksplorowany, analizowany i ukochany. 
Wiem, że to, co napiszę zabrzmieć może banalnie, ale uwierz mi, drogi Czytelniku, że w tym wypadku idealnie odda nastrój książki. Zatem pozwól mi napisać, że autorka zaprasza nas na podróż swoimi ścieżkami, prowadzi po znanych drogach, przybliża znajome uczucia i pozwala zaglądać tam, gdzie można dostrzec bardzo wiele. I zupełnie nie ma problemu, gdy zabierając się za lekturę absolutnie nie znamy Włocławka, nigdy tam nie byliśmy i nawet nie zamierzamy. Jakoś tak magicznie się dzieje, że autorka czaruje nas na tyle, żeby wydawało się nam, że spędziliśmy tam bardzo dużo czasu. 
Język, w jakim postanowiła wyrazić swoją opowieść jest bardzo przejrzysty, spójny i klarowny. Na pochwałę i zainteresowanie Czytelnika zasługuje bogata wielowątkowość, otarcie się o bardzo dużo aspektów życia przeciętnego Włocławianina i próba (całkiem udana) oddania nastroju poszczególnych etapów rozwoju miasta (wszak wojny, systemowe transformacje i każdorazowe ustatkowanie się wymuszało na mieście wielu zmian i dopasowywań). To, co może wybić Czytelnika z płynności czytania to zbyt liczne wyliczanie nazw ulic i nazwisk (oczywiście łatwo zrozumieć, że autorka chce uhonorować wszystkich, którzy stanęli na jej drodze i mieli na nią znaczny wpływ, jednak dla Czytelnika może to być za bardzo nużące i zapewne zgodziłby się na osobny rozdział z podziękowaniami). Dodatkowo czasami można odnieść wrażenie, że pewne dygresje zupełnie rozbijają ciągłość akcji i są wtrącone niejako na siłę (bywały momenty, że niektóre zdania aż prosiły się o własny akapit i inne umiejscowienie w tekście, a nawet własny rozdział). Na szczęście nie było wielkiego problemu, żeby  zignorować ich niejasne położenie i czytać spokojnie dalej.
Wielkie problem pojawił się gdzie indziej, co już zdążyłam wyrazić na samym początku niniejszej recenzji. Zresztą, nawet po przeczytaniu książki, cały czas mam w sobie złość, że wydawca pozwolił, aby taka błahostka zaburzyła spokój i przyjemność lektury. Przede wszystkim brak konsekwencji przy pisaniu lat (raz rok, raz r., raz tylko cyferki), całe mnóstwo opuszczonych odstępów, morze literówek, które w połowie książki przestaje się już nawet zapisywać i śledzić. Krzywo wydrukowane kartki i rozklejając się całość książki. Nieprzyjemna faktura i kolor kartek, które sprawiają wrażenie, jakby książka była broszurą reklamową, a nie interesującym wydaniem. Czemu tak? Po co tak? Przecież tak niewiele trzeba, aby pozwolić Czytelnikowi na niezmąconą chwilę przyjemności... zaczytanemu zawsze wiatr w oczy.  


Za książkę dziękuję wydawnictwu Krukowiak i portalowi sztukater.pl

czwartek, 20 marca 2014

ubieramy... siebie :)

cały czas będziemy kręcić się wokół tematu książkowego. A cóż jest bliżej książek, niż papier? Patrzcie! Parzcie jakie cuda!









mogłabym tak bez końca! Projekty są fenomenalne i robią ogromne wrażenie. Papier... papier? papier! 
A swoją droga ciekawe czy da się je nosić kilkukrotnie? 

poniedziałek, 17 marca 2014

ubieramy książki

jak już mnie na coś weźmie, to nie ma zmiłuj :) Siedzę i oglądam te wszystkie okładki. I podziwiam i oczy wytrzeszczam i się dziwuję i dziwować się przestać nie mogę. Chociaż przyznam, że odnoszę wrażenie jakoby nie wszyscy zdawali sobie sprawę z potencjału książkowych okładek! Może za bardzo wzięli sobie do serca stwierdzenie, że przecież nie powinno się na ich podstawie oceniać zawartości...
Nie skupiajmy się jednak na nich, a na zupełnych przeciwieństwach, czyli książkowych fantazjach:







jest w czym wybierać :)

piątek, 7 marca 2014

ale mnie wkurza!

Witajcie w marcu. Piękna pogoda, cieplutko (względnie) i słonecznie. Człowiekowi od razu chce się żyć, działać, odkrywać i zdobywać (cokolwiek, po prostu się rozwijać). Ręce same palą się do roboty, oczy same szukają literek do przeczytania. 
Musicie więc uwierzyć mi na słowo, że nie ma nic gorszego, niż całkiem ciekawe opowieści wydane z błędami! AAAAAA! Nie mogę skupiać się na treści, tylko wiecznie wyłapuję błędy, a jak tego nie robię, to tylko czekam kiedy znowu mnie jakiś zaatakuje. 
Bardzo mnie denerwuje fakt, że nawet, jeśli wydawnictwo nie jest specjalnie wielkie, nie ma ogromnych nakładów finansowych, to przecież zwykłe sprawdzenie błędów nie powinno specjalnie nadszarpnąć ich budżetem...
Ehh... tyle dobrego marnuje się przez niedopatrzenia i niechlujstwo....
Taki oto mam problem dzisiaj i takim oto problemem postanowiłam podzielić się z Wami. 

środa, 19 lutego 2014

mniej znaczy więcej, czyli książkowe okładki

Dzisiaj troszkę o minimalizmie i dlaczego czasami (a właściwie całkiem często) mniej wszystkiego oznacza zupełnie więcej. Niech obrazy przemówią same za siebie (zresztą wszyscy tak bardzo lubimy). Oto kilka książkowych okładek:










Obrazy przemówiły. Co Wam powiedziały?

sobota, 8 lutego 2014

wycięte nożyczkami

Pokazywałam wam już wielokrotnie przeróżne cuda powycinane z książek. Muszę przyznać, że za każdym razem jestem pod wielkim wrażeniem precyzji i cierpliwości, których tony musiały być włożone w tego typu prace. 
Dzisiaj chciałam przedstawić wam dzieło artysty, który nazywa się Yusuke Ono. Nie zatrzymał się tylko na papierowych wycinankach, ale nadał im bardzo ciekawy i przykuwający uwagę charakter, dzięki fotografii. Popatrzcie sami:













Ma się niesamowite wrażenie, jakby każda z tych scen wchłaniała tego, który ją podziwia. Uwielbiam!
Po więcej odsyłam tutaj

piątek, 7 lutego 2014

Truskawkowy Smok

Dawno, dawno temu, w Krainie Wiecznych Liter i Zdań, żyła sobie królewna-pisarka Agnieszka Korol, która miała w głowie bardzo dużo różnokolorowych myśli. Pewnego dnia zaczarowane wydawnictwo Rw2010 postanowiło pomóc królewnie-pisarce w złapaniu wszystkich tych myśli do specjalnych pojemników, które potem, dzięki elektronicznym urządzeniom, mogły powędrować do każdego domu w kilka sekund (nie niszcząc przy tym ani jednego drzewa z Krainy Wiecznych Liter i Zdań, które jak wiadomo są bardzo cenne). 
Myśli te skierowane były przede wszystkim do małych mieszkańców Krainy Wiecznych Liter i Zdań, które nie tylko mogły je czytać, ale również oglądać ilustracje, przedstawiające bohaterów opowieści. W magiczny sposób powstały one w pracowni Jolanty Jaworskiej.
Królewna-pisarka Agnieszka wymyśliła sobie smoka Smokusia i czarownicę Mądrusię, których połączyła ze sobą silna potrzeba bycia kimś innym. Bo nawet w najbardziej bajecznych krainach i w najbardziej fantazyjnych z fantazji, ktoś jest niezadowolony z tego co ma. Dlatego właśnie czarownica Mądrusia pomogła Smokusiowi stać się stworzonkiem o wiele bardziej małym, niż smoki (co prawda słoń, którego między innymi wybrał Smokuś, do najmniejszych nie należy, ale niech już mu będzie). I chociaż Smokuś marudził wielce, to Mądrusia cierpliwie pomagała mu odnaleźć najlepszą dla siebie formę. Smokowi nie pozostało więc nic innego, jak spełnić prośbę Mądrusi i udać się w podróż na Wyspy Bananowe, aby napchać się bananami (ciekawa ochota, jak na bajkowe stworki, ale jak wiadomo, banany są zdrowe, więc niech już im będzie). Królewna-pisarka Agnieszka, w niekończącej się swojej wyobraźni, stworzyła, dla naszych bohaterów, całą masę przygód i przygodynek. Żeby jednak mali mieszkańcy Krainy Wiecznych Liter i Zdań mogli połączyć Przyjemne z Pożytecznym (czyli dwóch braci rozdzielonych za młodu) autorka zadbała o całą masę ciekawych słówek, których można się przy okazji nauczyć oraz o liczne morały i mądre rady. Zresztą pokłady wyobraźni księżniczki-pisarki Agnieszki wybuchały jak wulkan, rozsiewając po jej historiach przeróżne zaskakujące określenia, nazwy, zestawienia i sytuacje. 
Czasem można jednak można było odnieść wrażenie, że kolorowe myśli księżniczki-pisarki Agnieszki lepiej by się miały, gdyby je nieco uporządkować i zupełnie na początku stworzyć coś na kształt wprowadzenia, lub opisu świata przedstawionego. Wszyscy mieszkańcy Krainy Wiecznych Liter i Zdań, czy duzi, czy mali, lubią porządek i konsekwencję, zwłaszcza jeśli chodzi o pewnego rodzaju konwencję utworu. A gdy już ten porządek zostanie osiągnięty, można zupełnie bez ogródek, wprowadzić wyobraźniany chaos. Tak to już właśnie przewrotnie bywa w tej naszej bajkowej krainie.


za truskawkową przygodę dziękuję wydawnictwu RW2010 oraz Agnieszce Korol (na której fanpage serdecznie zapraszam)

gdy 2D to za mało...

Cześć i czołem!
Nadszedł luty, a wraz z lutym niedosyt formy 2D. Też tak macie? :P
Na szczęście naprzeciw naszemu ogromnemu dyskomfortowi wyszli projektanci, którzy znaleźli rozwiązanie. Oto ono:






Skoro kina zawładnęły 3D w zakresie akcji i treści, to książkom nie pozostaje nic innego, jak zawładnąć formą i oto jest, pierwsza okładka książkowa 3D. Może i jest mało praktyczne, może i łapie kurz, może i trudno się ją potem czyści, ale otwórzcie oczy! Oto przyszłość :)
Dla spragnionych jej w większych ilościach odsyłam do źródła
Ha! Zacznijmy luty z przytupem :) HEJ!

niedziela, 26 stycznia 2014

Praktyczne lekcje zarządzania projektami

Nawet jeśli rozczarowywanie się jest rzeczą raczej negatywną, ja odnalazłam w niej coś całkiem pozytywnego. Dobrze jest, jak człowiek się pozytywnie rozczaruje i okaże się, że książka po której spodziewał się czegoś na wzór akademickiej porcji informacji o zarządzaniu projektami, stanie się fascynującą opowieścią o świecie biznesu i planowania. I niech ten krótki wstęp da Wam, drodzy Czytelnicy, przedsmak tego, co czeka Was, gdy sięgnięcie po dzieło Michała Kopaczewskiego, wydane przez wydawnictwo Helion, noszące niepozorny tytuł "Praktyczne lekcje zarządzania projektami" i opakowane w kolor niebieski. 
Warto, żebyście wiedzieli, że książka ta to dwanaście rozmów, które, patrząc zupełnie ogólnie, traktują o pracy, biznesie i interesach, które z biegiem czasu (lub zupełnie na początku) przeobrażają się w pasję rozmówców (może poza rozmową z Markiem Wojtyną, który zdecydowanie bardziej skupia się na czysto służbowej stronie swoich zadań). Michał Kopczewski pyta o bardzo znane polskie projekty, między innymi takie jak organizacja Euro 2012, Maraton Warszawski, Polski Himalaizm Zimowy, wyprawy na oba Bieguny, czy Polską Akcję Humanitarną. Pyta i chce wiedzieć jak to się stało, że nic się nie… zepsuło. Jak to się stało, że określona liczba ludzi się dogadała i stworzyła sprawnie działający organizm, który potrafił wytworzyć wydarzenia, lub organizacje, działające bez zarzutu i całkiem sprawnie. Na koniec każdej z tych rozmów autor proponuje czytelnikom omówienie i podsumowanie różnych punktów, które uważa za istotne z punktu widzenia koordynowania projektów. 
Pozwolisz, drogi Czytelniku, że rozpocznę wydawanie własnej opinii od rzeczy złych. Tak o, dla przekory. Przede wszystkim czytanie bardzo utrudnione jest przez niekoniecznie wygodne wydanie. Trudno jest czytać, gdy nie mamy wolnych obu rąk, lub gdy leżymy, lub gdy uprawiamy jakiekolwiek inne czytanie, poza tym siedzącym grzecznie na fotelu z oboma rączkami na okładce. Książka się zwyczajnie sama zamyka i nijak nie chce pomóc nam w zatrzymaniu wzroku na konkretnej, wybranej przez nas, stronie. Do tego wszystkiego autor wpada w pułapkę własnej rozmowy (którą przeprowadził z Marcinem Herrą o Euro 2012), w której pada stwierdzenie, że nawet najlepszy projekt może zostać skrytykowany, gdy zaledwie drobny szczegół zostanie pominięty, lub wykonany zostanie źle. I dokładnie tak dzieje się w tym przypadku, bo pozytywny obraz książki zostaje zaburzony przez kilka literówek. Sami przyznajcie, drodzy Czytelnicy, że literówka to stosunkowo rzadki przypadek w książce, która przed wydaniem jest wiele razy sprawdzana na prawo i lewo, stąd też stosunkowo mocno rzuca się w oczy i nadszarpuje jej wizerunek.
Ale nie martwcie się, panie Michale nie roń łez, bo oto koniec negatywów i zaczynamy wodospad pozytywów, bo to przede wszystkim one zalały mnie, jak hektolitry wody. 
Zacznijmy od pytań, które zadawane są bardzo trafnie i pozwalają rozmowie płynąć naturalnym torem (ponowne nawiązanie do wody wydaje się tu nieuniknione), a rozmówcy wynurzać się ze sztampowych i ogólnikowych odpowiedzi. Zresztą i dobór odpowiadających ma bardzo dobry wpływ na treść, bo ma się wrażenie, że nikt tu nie mówi o zarządzaniu projektami, tylko opowiada ciekawą historię. Może niekoniecznie jest to bardzo edukacyjne i niekoniecznie staniemy się, po lekturze tejże książki, mistrzami projektów, to jednak pozwoli nam ona zupełnie logiczne, życiowo i naturalnie spojrzeć na nasze obecne, lub przyszłe przedsięwzięcia. 
Kolejny plus to atmosfera szczerości, którą z rozmów można wyczytać. Nikt tam nie sili się na autoreklamę, nikt nie gloryfikuje swoich dokonań, nie przechwala się, ale również nie udaje skromnego i nie stawia swoich osiągnięć ponad wszystkie inne. Po prostu kawał ciekawych rozmów, które płyną i płyną i niestety w pewnym momencie się kończą. Okazuje się, że ci, którzy odnieśli sukces, niekoniecznie podążali drogą, na której rozsypane były tylko płatki róż. Resztę sobie dopowiedzcie, bo nie chciałabym popaść w patetyzm, którego brak tak bardzo doceniam w książce Michała Kopczewskiego. 
I generalnie cała ta książka to bardzo ciekawe odkrycie dla mnie, każda z opowiedzianych historii odkryła przede mną wiele nowego, z dużą chęcią przeczytałabym jeszcze trzynastą, czternastą, piętnastą i setną rozmowę. Mam nadzieję, że powstaną, bo przecież szkoda by było, gdyby okazało się, że sukcesu starczy nam tylko na dwanaście...


za dwanaście rozmów dziękuję portalowi sztukater.plwydawnictwu Helion, Michałowi Kopczewskiemu i wszystkim odpowiadającym

SN

Malutka książeczka z wielkimi literami na okładce. Jedna to "S", a druga to "N". "S" wygląda jak dwugłowy czarny wąż, a "N" to całkiem zgrabne, ale za to owłosione nogi z niezbyt urodziwymi stopami. Poza tym wszystkim "S" i "N" to składowe tytułu tejże małej książeczki, wydanej przez wydawnictwo Centrala- mądre komiksy,a narysowanej i wymyślonej przez Michała Rzecznika oraz kilku gości. 
A propos wydanej, to rzec trzeba, że spisano się całkiem dobrze. Książeczka przyciąga nie tylko niecodziennym kształtem, ale również przyjemną w dotyku fakturą kartek, ich grubością i kolorem. Lubimy takie zestawienia.
A propos narysowanej, to rzec trzeba, że różnorodność kreski sprawia wrażenie, jakby każda strona rysowana była przez kogoś innego. A jednak poza nielicznymi występami gości, to Michał Rzecznik wziął wszystko na siebie i pokazał, że niekoniecznie musi być jednorodny i monotonny. Takie rysowanie również lubimy. Doceniamy także dobór kolorów i sposób rysowania, który fascynuje podobnie jak doskonała pointa niektórych komiksowych wytworów. Właściwie przerzucając kartki "SN" na szybciutko, trudno dostrzec jakąkolwiek konsekwencję. Jednym może się to podobać, inni mogą mieć pewne zarzuty, a ja tylko powiem, że przynajmniej następuje element zaskoczenia podczas przerzucenia kolejnej strony,a to jest zawsze pozytywne. 
A propos wymyślonej, to rzec trzeba, że chociaż nie wszystkie komiksy udało mi się całkowicie rozszyfrować, a co za tym idzie, również i docenić, to przyznać muszę, że bardzo często są one całkiem celnie trafione. Aż samemu śmiać się można do siebie i dziwować, że taka oczywistość nigdy nie wpadła nam do głowy. Zresztą proste pomysły zawsze były najlepsze i takie przede wszystkim lubimy. 
A propos recenzowania, to rzec trzeba, że najlepszym dowodem na to, że książeczkę przejrzeć, przeglądnąć, przeczytać i przeobrazkować warto niech będzie fakt, że przykro mi było, że tak szybko się skończyła i po 20 minutach trzeba było przejrzeć, przeglądnąć, przeczytać i przeobrazkować ją od nowa. Takie przykrości lubimy. 


za książeczkę dziękuję portalowi sztukater.pl, wydawnictwu Centrala- mądre komiksy, autorowi oraz hmm.. kredkom :)

czwartek, 23 stycznia 2014

idealne połączenie

Herbata i książka to idealne połączenie. Ale żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości dodatkowo to zamanifestujmy:


Widzę to i od razu chcę... ahh ta kobieca natura :)

znalezisko ze strony www.ohafternoonsnacks.com

środa, 22 stycznia 2014

szał!

No to szał i szaleństwo! Właśnie wróciłam z poczty i takie oto cudeńka tam na mnie czekały:


Przesyłka wprost od festiwalu Literacki Sopot i Biblioteki Sopockiej. Żyć nie umierać, czytać i się radować. Żeby tylko jeszcze Stasiu dał odrobinę wolnego :)
Pozdrawiam w ten styczniowy, biały dzionek!

środa, 8 stycznia 2014

Kot w tympanonie

Podczas, gdy Ty Czytelniku, będziesz zastanawiał się co to właściwie jest ten tympanon, ja napiszę, że dawno nie przeczytałam tak sensownego tomiku wierszy. Szymon Szwarc, mieszkaniec Torunia i człowiek kultury, we współpracy z Biblioteką Rity Baum, wydał literacką propozycję, która może zainteresować delikatnie ekscentryczną grupę odbiorców. 
"Kot w tympanonie" (już wiecie co to oznacza?) to zbiór 50-ciu wierszy, które można określić jako zdecydowanie nieoczywiste. Już sama ich budowa i sposób rozbijania zdań (który jest stosowany konsekwentnie) wybija Czytelnika z bezpiecznego rytmu standardowej poezji. Pozostawia go delikatnie skonsternowanego i niejako zmusza do zupełnie innego podejścia interpretacyjnego, co w rezultacie może prowadzić do całkiem ciekawych wniosków i spostrzeżeń. Do tego niektóre wiersze po prostu przyjemnie się czyta i chętnie zapamiętuje wybrane zdania. Na przykład "Echosonda" i jej "jeśli wyjdę z siebie, przeziębię się" (co jest stwierdzeniem zaskakująco trafnym), czy ciekawie rozbite wyrazy w wierszu "Czy". 
Co jeszcze wpływa na nie oczywistość wierszy (a co za tym idzie również i przekazu)? Nietuzinkowe zestawienia wyrazów, które podobnie jak sposób ich zapisu, może wyprowadzić nas na nieznane pola odbioru. Zaskakująco pasujące i przyjemnie trzeszczące, bo bardzo dużym plusem tego tomiku wierszy jest to, że autor maksymalnie wykorzystuje zalety języka polskiego. Wiersze aż świszczą i dźwięczą od naszej melodyjnej mowy. Właściwie utwory te idealnie nadają się do głośnego czytania i ćwiczenia języka: "uciąć wątki rwące przecznicami", czyż nie brzmi to fascynująco i przyjemnie wyraziście? 
"Kot w tympanonie" to kot raczej przygnębiony i zafrasowany. Wiersze utrzymane są w klimacie mrocznym. Nie ma w nich zbędnego patosu, który miałby budować klimat. Ten ostatni tworzy się poprzez odniesienia do śmierci, cmentarza, przemijania, smutku, zawodu,rozgoryczenia, bezradności i opuszczenia. Wszystko przedstawione jest naturalnie, bez owijania w bawełnę i strojenia w piórka, co bardzo dobrze wyważa realistyczne podejście do życia i uniesienia związane z odbiorem poezji (bardzo często właśnie owe podniosłe podejście do utworów lirycznych tak bardzo od nich odstrasza i je deprecjonuje). 
Niestety, niektóre wiersze sprawiają wrażenie chaotycznych. Może to być oczywiście zamysł autora, jednak nie zawsze się on sprawdza. Podobnie jak pozorny (mam nadzieję) brak zakończenia niektórych utworów. Mimo wszystko jednak, każdy taki zabieg, każe się Czytelnikowi zastanawiać, czy właśnie tego chciał autor, czy może wydawca zwyczajnie przeczył strofę, lub dwie (za przykład niech posłuży wiersz "Alarm"). "Matka strzygła włosy" jest przykładem wiersza, który równie dobrze mógłby zostać potasowany i podoczepiany do innych, bo sam jeden sprawia wrażenie, jakby zupełnie nie miał być spójną całością. 
Czasami również można odnieść wrażenie, że niektóre przekazy są za bardzo dopowiedziane, zbyt oczywiście wyłożone i podkreślone. "Dużo mięsa w oddali to my sprzed lat" jest utworem interesującym i pewnie pozostałby taki do samego końca, gdyby nie dwie ostatnie zwrotki, które zdecydowanie za bardzo chcą wykrzyczeć pewne oczywiste, dla autora, prawdy. A przecież warto zostawić co nieco dla odbiorcy. 
Żeby jednak na koniec zostało tylko to, co dobre, trzeba podkreślić estetykę wydania i pogratulować Marcinowi Łagockiemu za tak trafne dopasowanie okładki do zawartości książki. I niech stanie się, jak napisał Szymon Szwarc, niech "przekaz wiersza pojawi się z opóźnieniem jak owoc i załamie gałąź". Kto wie, kiedy Was trafi. 


za tomik wierszy dziękuję portalowi sztukater.pl oraz Bibliotece Rity Baum

czwartek, 2 stycznia 2014

w miłym pokoju, w miłym nastroju

Patrzcie! Jak cudownie!


Piękne pomieszczenie, piękne kolory (może dywan powinien być bardziej puchaty, albo nie powinno go być wcale), książki i ogólne AH! E-bookowcy sami powiedzcie, czy wasze elektroniczne strony też by się tak ładnie prezentowały na półkach? :)
źródło: melmorestreet.blogspot.com

środa, 1 stycznia 2014

patrząc wstecz

Podsumowania, podsumowania...
Rok 2013 był dosyć intensywny, stąd o wiele mniej czasu miałam, żeby coś poczytać, żeby coś popisać. Głównie skupiałam się na przygotowaniach do wszelkich zmian, które przede mną stanęły, a pod sam koniec roku sprawdzałam, czy przygotowałam się dostatecznie dobrze :)
Rok 2013 to również rozwój mojego drugiego bloga, z recenzjami trójmiejskich (i nie tylko) lokali (www.widelecinoz.blogspot.com), na który serdecznie Was zapraszam. 
Podobnie jak rok 2012, 2013 był rokiem e-booków. Również i mnie dopadło elektroniczne szaleństwo (nie w takim stopniu jak mojego męża), bo skusiłam się na trzy książki w takiej formie (z tego co widzę, w roku 2014 będzie ich zdecydowanie więcej). Ciekawa jestem co nowego szykuje rok 2014 dla literackiego rynku...
Zacznijmy zatem podsumowania:

w roku 2013:
powstało 55 postów
w styczniu i lutym dołożyłam do tej puli najwięcej, bo po 8 postów
tym razem najwięcej Was odwiedziło mnie w kwietniu, co jest o tyle ciekawe, że właśnie w tym miesiącu postów powstało bardzo mało, bo tylko 2
miesiącem, w którym zupełnie nie miałam czasu na pisanie czegokolwiek był maj. Sami rozumiecie, wiosenne zauroczenia i tak dalej :)

a jak prezentuje się ranking książek?

najciekawsza książka to Thorgal. Wyprawa do krainy cieni. Czytało się ją bardzo szybko, a fabuła wsysała jak wir. Lubię takie książki, bez względu na to o czym są. Podobnie jak rok temu, zwycięzca w kategorii najciekawszej książki został też laureatem nagrody na książkę najbardziej romantyczną. Do tego zgarnął tytuł książki najbardziej sensacyjnej, wciągającej i łatwej w czytaniu. Któż by się spodziewał aż tylu tytułów dla Thorgala.
najzabawniejszą książką został Prześwietny raport kapitana Dosa. Tutaj zaskoczeń nie ma, bo to przecież Mendoza! Zwłaszcza, że już rok 2011 należał do niego. Jeśli chodzi o estetykę wydania, to również ta nagroda powędruje do Mendozy i wydawnictwa Znak, które owy Raport wydało i zaskarbiło dla książki tytuł najbardziej estetycznej.

pozachwycaliśmy się, pochwaliliśmy, to teraz czas pokrytykować:
najmniej ciekawą książką tego roku jest zbiór wierszy Jeszcze o miłości. Nie zawsze poezja do mnie trafia. Książka ta niestety zdobywa też tytuł najmniej estetycznie wydanej
najtrudniejsza w czytaniu okazała się Opowieść o siedmiu mędrcach. Do niej też powędruje tytuł najmniej wciągającej

Teraz pozostaje nam czekać co przyniesie rok 2014 :) :)




wtorek, 31 grudnia 2013

uniwersalna prawda

Powrót do bajek i dziecięcych wierszyków jest nieodzownym elementem posiadania niemowlaczka w domu. Stasiu niekoniecznie rozumie o czym mu czytamy, ale za to doskonale rozumieją rodzice (a przynajmniej tak im się wydaje :) ) i mogą, zupełnie bezkarnie i pod płaszczykiem czytania maluchowi, powrócić do starych bajek i opowiastek z dzieciństwa. 
Tym jednym wierszykiem postanowiłam się z Wami podzielić w ostatnim dniu 2013-ego roku. Poza tym, że jest to zgrabnie przetłumaczone przez Ignacego Krasickiego dzieło La Fontainea i bardzo melodyjna opowiastka dla dzieciaków, to jeszcze całkiem przydatna nauka dla dorosłych. 
Chwytajcie i interpretujcie:

Bywa często zwiedzionym,
Kto lubi być chwalonym.
Kruk miał w pysku ser ogromny;
Lis, niby skromny,
Przyszedł do niego i rzekł: "Miły bracie,
Nie mogę się nacieszyć, kiedy patrzę na cię!
Cóż to za oczy!
Ich blask aż mroczy!
Czyż można dostać
Takową postać?
A pióra jakie!
Szklniące, jednakie.
A jeśli nie jestem w błędzie,
Pewnie i głos śliczny będzie."
Więc kruk w kantaty; skoro pysk rozdziawił,
Ser wypadł, lis go porwał i kruka zostawił.

Szczęśliwego Nowego Roku!

obrazek pochodzi z książki "Bajki" La Fontaine