Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 23 czerwca 2013

deszcz i porządkowanie

Deszcz zawsze wpływał na mnie bardzo stymulująco. Pewnie dzieje się to dlatego, że świat książki, filmu, generalnie fikcji, plus oczywiście odrobina realnych możliwości, sprawiają, że deszcz delikatnie ogranicza nasze chęci do naocznego eksplorowania wszystkiego, co jest poza zadaszeniem. Od zawsze miałam w głowie taki obrazek: szyby , po których spływają krople deszczu, delikatny półmrok, fotel blisko okna, wygodna pozycja i ulubiona książka, albo farby i sztaluga, albo papier i pióro. Wiem, wiem, brzmi tak romantycznie, że aż mdli, ale cóż poradzę. 
Jak więc mówiłam deszcz działa stymulująco i nawet jeśli nie ma to realnych efektów w działaniu, to jestem bliższa zrobieniu czegoś konstruktywnego, niż bez niego (a to jest zawsze bliżej, niż dalej). Deszcz po prostu ma w sobie jakąś nieopisaną moc, wzbudza nieokreślony respekt i zdecydowanie popycha do przodu. Chwała mu za to porządkowanie rzeczywistości i inspirację...


po obrazek zawędrowałam aż na www.goodreads.com

poniedziałek, 10 czerwca 2013

a gdzie bilet?

Koniecznie muszę się z Wami podzielić moim małym smuteczkiem. Jechałam dzisiaj autobusem, więc uzbroiłam się w lekturę i oczywiście w bilet. Zwykle wyglądało to tak, że bilet (po skasowaniu) lądował w książce i potem radośnie służył mi za zakładkę. Dzisiaj chciałam zrobić dokładnie to samo, nawet już miałam taki odruch, wypracowany przez lata, aż tu niespodzianka! Moja lektura to książka załadowana do kindla... Oj... chyba na prawdę nie jestem gotowa na cyfryzację i komputerową kompaktowość. Ratunku!

aktualizacja: bardzo dziękuję wszystkim, którzy nie pozostali obojętni na moje małe biletowe załamanie :) Gorąco pozdrawiam!

niedziela, 9 czerwca 2013

owocki :)

Taka piękna pogoda i ciepiełko w koło zawsze sprzyjają owocowemu zażeraniu się :) Żeby jednak dopełnić radości i orzeźwienia, jakie dają świeże owoce, można mieć takie w wydaniu książkowym. Popatrzcie:






Prawda, że wyglądają przeapetycznie?

warzywniakiem blogowym stała się strona www.aliexpress.com

wtorek, 4 czerwca 2013

Sophia Loren. Życie jak film

Sophii Loren nie trzeba nikomu przedstawiać. Pochodząca z Włoch aktora zrobiła oszałamiającą karierę, nie tylko w Europie, ale na całym świecie. Kobieta o charakterystycznej urodzie i figurze, która przełamała wszelkie stereotypy świata kinematografii. Nic zatem dziwnego, że Silviana Giacobini, włoska pisarka, pokusiła się o stworzenie książki, która już od okładki kusi zdradzeniem największych sekretów z życia aktorki.
Okładka jest także pewnego rodzaju wskazówką do tego, co znajdziemy w tekście. Kobieta, z lekko rozchylonymi ustami, bogatą biżuterią i seksowną czerwoną suknią, do tego białe futro narzucone na ramię, czyli nic innego jak sylwetka zamożnej divy. A mimo to taka delikatna i eteryczna, patrząca przed siebie, pogrążona w melancholii. Dokładnie taką pokazuje Sophię Loren Giacobini.
Krok po kroku pisarka odsłania przed Czytelnikiem historię życia głównej bohaterki. Jak żyła, czego się bała, kto miał na nią największy wpływ, jak kształtowało się życie codzienne w jej rodzinnym domu. Robi to w sposób bardzo zgrabny i łatwo można zapomnieć, że mamy do czynienia z biografią. Pozwala Czytelnikowi zanurzyć się w życiu włoskiej aktorki jak w powieści, jeszcze głębiej i bardziej wnikliwie odczuwać to co ona, jeszcze dosadniej zrozumieć wszystkie kroki, które podjęła na drodze ku swojej karierze. Chociaż czasami zbyt gwałtownie przeskakuje między zdaniami i wątkami, pozostawiając Czytelnika lekko zbitego z tropu.
Książkę, którą wydało wydawnictwo Znak, można potraktować trochę jak lustro, w którym przegląda się Sophia Loren. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że główna bohaterka dzieli się swoimi przemyśleniami, odczuciami, opowiada o intencjach, które kierowały nią na różnych etapach życia, pozwala Czytelnikowi poznać jej obawy i negatywną stronę pozostawania w błysku fleszy.
Trzeba oczywiście nastawić się, że osoba, której biografię czytamy, będzie inaczej postrzegana, niż współbohaterowie jej historii. Będzie delikatnie gloryfikowana i w pewnym sensie rozgrzeszana z niewłaściwych decyzji. Tutaj pojawia się pole do popisu dla Czytelnika, która będzie mógł, zupełnie bezkarnie, sam odnieść się do sytuacji świata przedstawionego i wydać swój indywidualny osąd. Bardzo kusząca perspektywa, zwłaszcza, że dotyczy ona osoby, z naszego punktu widzenia, idealnej i niedostępnej.
Historia, którą serwuje nam Silvana Giacobini, jest zaproszeniem na porywającą i poruszającą przejażdżkę, wczucie się w skórę osoby nie zawsze rozumianej i nie zawsze bezpiecznej, która musi zmagać się z nasilającymi się stereotypami i plotkami. Czy na pewno wystarczy nam siły?


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak i portalowi sztukater.pl

czwartek, 25 kwietnia 2013

wiosenny kryzys

Nie wiem co to takiego się dzieje, ale nie mam zupełnie nastroju na czytanie książek. Oczywiście są takie pozycje, którym nie sposób się oprzeć, ale zupełnie nie potrafię przelać na papier swoich odczuć. A może "nie potrafię" to złe słowo? Potrafię! A jak! Tylko jakoś tak zupełnie nie w głowie mi siedzenie z komputerem na kolanach. Tyle się dzieje, tyle się kręci, że trudno jest się literacko odnaleźć. No nic, nie będę nic robiła na siłę. Wykorzystam ten czas na duchowe wędrowanie po literackiej krainie, ale zapewniam Was, że już niebawem pojawi się troszkę nowego materiału na blogu. Także nie myślcie, że zamilkłam. Mam Wam sporo do opowiedzenia. Zwłaszcza o pewnej książce...


piękna wiosna ze strony liladaley.blogspot.com

sobota, 23 marca 2013

pisarz, czy detektyw?

Wiemy bardzo dobrze, że serialów kryminalnych powstaje całe mnóstwo. Mnożą się jak grzyby po deszczu (chociaż muszę przyznać, że byłam na grzybach po deszczu i nie było ich znowu aż tak wiele! :) ). Mamy kultowy już CSI, mamy detektywa Monka, mamy Bones, Bez śladu. Zresztą mamy też całą masę innych zagranicznych produkcji, plus produkcje rodzime. Najczęściej mało się od siebie różnią. W przypadku, który chcę Wam opisać też nie ma nic więcej ponad to, co już znany. Poza jedną rzeczą... Serial Castle opowiada o pisarzu, który tworzy książki kryminalne. W pierwszym odcinku, przez przypadek, zostaje wmieszany w sprawę morderstwa i tak zaczyna się jego przygoda z detektywem (w wydaniu damskim). 
Muszę przyznać, że mają kilka ciekawych tekstów, plus standardowo każda sprawa wciąga (przynajmniej mnie, zresztą zawsze tak miałam). No tego, jak Castle zamawia sobie kamizelkę kuloodporną z napisem "writer" (pisarz), to już wiem, że serial oglądać muszę. 
Może przekonacie się sami?


środa, 20 marca 2013

zza winkla

Na ulicach Gdańska znaleźć można wszelkie różności i ciekawe miejscówki. W drodze na śniadanie natknęłam się na taki oto antykwariat:




Znajdziecie go we Wrzeszczu, niedaleko Stacji de Luxe. Niestety nie weszłam do środku. Zamknięte było. Ale zakładam, że wszystko co w piwnicy, to musi być piękne! No i przede wszystkim, wszystko co w Gdańsku :)

poniedziałek, 18 marca 2013

Zaproszenie

Tym razem chcę Was zaprosić do kawiarni, która zwie się Literacka. Ha! Idealnie, co? Pełna książek, starych mebli, miejscówek idealnych do czytania. Znajdziecie ją w Gdańsku, na ulicy Mariackiej. 
Żebyście jednak nie kupowali kota w worku, zapraszam do przeczytania recenzji z mojego drugiego bloga:


Na prawdę obiecująco :)

wtorek, 12 marca 2013

książkoteria

Książkoteria jest piękna. Zobaczcie co przygotowałam dla Was w tej odsłonie:



ten uroczy pierścionek znalazłam na stronie blog.magpiejewellery.com, tylko muszę przyznać, że ten czerwony kolor średnio pasuje. Może jakiś bardziej stonowany byłby lepszy i podkreślałby te ściśnięte strony.
Mam dla Was też propozycję naszyjnika:


Troszkę jak cały arsenał plusowych okularów, ale swój klimat ma (folksy.com)
Zresztą takie uchwycenie kawałka stron jest bardzo interesująco i efektowne. Oceńcie sami:


te naszyjniki pochodzą ze strony nataliaheaney.wordpress.com i są naprawdę urocze. Zatem skoro literki tak pięknie się wpasowują, to komiksowe rysunki też dadzą radę?


Te konkretne pochodzą ze strony adornmentsofthesoul.blogspot.com i już je widzę zestawione z białą, elegancką bluzką.
I na koniec taka refleksja. Szczęśliwi czasu nie liczą, to wiadomo, ale jeśli motywacja jest taka:


to nie ma co zwlekać! Prawda? www.etsy.com

poniedziałek, 11 marca 2013

fenomenalnie!

Miejsce fantastyczne! Fenomenalne. Dawno nie miałam aż takiej potrzeby podzielenia się z Wami internetowym znaleziskiem. Zobaczcie!


Absolutnie przepiękne. Światło, książki, spokój... Idealnie. Wygodny materacyk do czytania. Widok. Cudnie!

www.home-designing.com

wtorek, 26 lutego 2013

książkotrzymacz

Muszę przyznać, że poniższe miejsce działa na mnie niezwykle kojąco. Tak mogłabym wypoczywać:


Musi wyglądać fenomenalnie podczas deszczu.

sobota, 23 lutego 2013

zobacz, jakie fajowe!

Za sprawą mojej kumpeli Moniki (pozdrowienia!), która podesłała mi takie książkowe cudeńko:


(na marginesie, dzięki za inspirację!) postanowiłam poprzeglądać wszystko to, co udało mi się zamieścić na blogu, a co ktoś, gdzieś postanowił wykombinować z książek, przez książki i dla książkomaniaków. Zapraszam i Was na drobną retrospekcję, bo aż żal, żeby takie cudeńka poszły w zapomnienie
Oto link:

http://www.boocoffee.blogspot.com/search/label/design

miłego podziwiania!

środa, 20 lutego 2013

przyszłość?

Powiedzcie mi, czy jest aż tak źle?


Czy może to tylko wesoły komentarz jak może być?

Obrazek pochodzi z fejsbukowej strony publio.pl

wtorek, 19 lutego 2013

Thorgal. Wyprawa do krainy cieni


Nie będę owijała w bawełnę i powiem Wam prosto z mostu, że kolejna książka, która opisuje przygody Thorgala, walecznego i tajemniczego wikinga, niezwykle wciągająca jest. 
Napisana została przez francuską pisarkę Amelie Sarn i świeci triumfy nie tylko jako powieść literacka, ale również jako historia komiksowa (fantastyczna zresztą i zdecydowanie ją polecam). 
W książkowe ramy zamknęło ją wydawnictwo Egmont. Dodało mroczną okładkę z połyskującym tytułem, potęgując wrażenie tajemniczości i dając zapowiedź czekających Czytelnika przygód. Nie na tym jednak koniec wydawniczego kuszenia. Żółtawe, szorskie kartki, duże litery, przejrzysty projekt stron i niespodzianki graficzne nie pozostawiają złudzeń, że nie wyjdzie się z księgarni bez tej pozycji. Ale w sumie nie ma czego żałować, bo książka należy do kategorii tych, które "połyka się" w jeden wieczór. 
Thorgal, dziecko gwiazd, przygarnięty przez władcę wikingów, ma za sobą wyczerpującą wędrówkę (powody jej podjęcia wyjaśnione są zapewne w poprzednim tomie "Dziecko gwiazd"), którą odbył wraz ze swoją ciężarną żoną Aaricią. Ma dosyć walki, przemocy, chciwości i ciągłęgo dążenia do władzy otaczających go ludzi. Chce wieść spokojne życie w odpowiednim miejscu na wychowanie swojego nienarodzonego jeszcze dziecka. Gdy dociera do niewielkiej wioski szybko zyskuje przyjaźń mieszkańców, a Aaricia wreszcie odnajduje spokój. Wreszcie jest szczęśliwa, u boku mężczyzny, którego bardzo kocha (dodam, że wątek miłości Thorgala do swojej żony jest bardzo elektryzujący. Nie ma w nim zbyt wiele erotyzmu, ale stworzony jest w bardzo sugestywny sposób, taki, aby Czytelnik nie chciał niczego innego, tylko tego, aby tych dwoje było razem). Nie spodziewa się więc, że kłamstwo 16-letniej dziewczyny, nieszczęśliwie zakochanej w jej mężu, może mieć takie katastrofalne skutki. Bogowie postanawiają  zamącić w życiu Thorgala i Aarici, łącząc chęć zemsty młodej Shaniah z ucieczką więzionego przez Shardara (bezlitosnego i brutalnego władcy Brek-Zarith) prawowitego następcy tronu Galathorna. Fałszywe oskarżenie sprawia, że Thorgal zostaje pojmany, jako wspólnik zbiega. Od tego momentu, niesamowita ilość wątków nie pozwoli już oderwać się od lektury. 
Książka skonstruowana jest w taki sposób, aby Czytelnik był na bieżąco z wieloma odnogami akcji. Autorka przeskakuje z miejsca na miejsce, z bohatera na bohatera, jednak robi to w tak zgrabny sposób, że nic ważnego nie umyka. Język powieści jest na tyle prosty, aby lektura nie przysparzała problemów, i na tyle bogaty, aby bardzo łatwo rozruszać wyobraźnię odbiorcy. Właściwie to Czytelnik jest zgubiony. Obrazy zaczynają wirować, postaci idealnie rysują się w głowie, powstają fenomenalne i zatykające dech w piersiach kadry. Wszystko w głowie, wszystko dzięki Thorgalowi. I najgorsze jest to, że oto mija drugi dzień, od kiedy książkę tę mam w ręku, a ja już ją skończyłam czytać… O  święta niesprawiedliwości. 


Za wciągającą lekturę i głód po, dziękuję portalowi sztukater.pl i wydawnictwu Egmont

piątek, 15 lutego 2013

hę?

No proszę :) Całkiem całkiem. Tak prezentuje się "książkosutra", którą zaprezentowała fejsbukowa strona


Perwersyjna przyjemność czytania. Która pozycja Wasza?

poniedziałek, 11 lutego 2013

abyś na pewno nie przegapił...

No Kochani, nie ma to jak dostać po głowie reklamą. Ale cóż się dziwić, taka konkurencja, a żyć przecież trzeba. Zwłaszcza, jeśli ma się tanie książki i koniecznie chce się o tym powiedzieć światu. Oto, jaki cudaczny namiot, stanął na mojej drodze:





Trzeba pogratulować autorowi inwencji i mieć nadzieję, że są tam na prawdę ciekawe książki...

niedziela, 10 lutego 2013

A/art

A proszę, S/sztuka:


całkiem ciekawy projekt ze strony www.designswan.com. Książek dużo nie pomieści, ale tak to już bywa ze sztuką... Zresztą słowo "książkotrzymacz" nabiera teraz nowego znaczenia :)

niedziela, 3 lutego 2013

Opowieść o siedmiu mędrcach


Zacznijmy luty od recenzji:
Wydawnictwo Znak pokusiło się o wydanie książki zatytułowanej "Opowieść o siedmiu mędrcach", napisanej przez Hannę Malewską, która to była autorką powieści historycznych, w czasie wojny kierowała biurem szyfrów Komendy Głównej Armii Krajowej i brała udział w Powstaniu Warszawskim. Część czytelników może znać tę autorkę z wydanej w 1946 roku książki "Kamienie wołać będą". 
Znak jak zwykle wykonał całkiem niezłą robotę. "Opowieść o siedmiu mędrcach" wydana jest bardzo starannie. Estetyczna, tłoczona okładka o przyjemnych, pomarańczowo-kremowych kolorach. Szorstkie kartki, które przyjemnie łaskoczą opuszki palców, czcionka, która układa się w rytm czytania. Do tego wszystkiego wstępem wzbogacił ją sam Władysław Stróżewski. I właściwie pierwsze zdanie, które wypowiada, może być kluczem niezbędnym do odczytania niniejszej pozycji: "Pojęciem kluczem tej książki jest "opowieść". A prawem opowieści jest toczyć się zgodnie z wolą narratora, który albo trzyma się chronologii wydarzeń, albo przerywa ich tok, by zacząć od innej chwili i innego miejsca". Dokładnie w taki sposób Hanna Malewska prowadzi czytelnika przez świat starożytnej Grecji. Książka ta pełna jest pomniejszych opowiastek, dygresji, anegdot i perypetii mieszkańców antycznego państwa. Autorka ubiera je w bardzo specyficzny język, którego zadaniem jest przenieść czytelnika w opisywane czasy i dać się mu ponieść poetyckości tamtego okresu. Miejscami bywa to trudne, bo język współczesny mocno trzyma nas w swoich szponach i nie chce wypuścić, utrudniając zrozumienie historii i podążanie za jej zakrętami. Również mnogość imion i przydomków bohaterów, nazwy miejscowości, z których pochodzą, mogą z łatwością zaburzyć czytelnikowi spokój rozkoszowania się lekturą. Ale przecież mowa tu o starożytnej Grecji, jej bogactwie kulturowym, społecznym, politycznym i urbanistycznym. Zamknąć ją na trzystu stronach wydaje się być niewiarygodne. 
Przeskakujące wyrazy, kaskady liter, gwar opowieści, turkot opisów i ścisk bohaterów przenoszą nas w burzliwe życie na greciej agorze. Książka opowiada o Grecji i sama jest Grecją, przedstawia nam swoje najlepsze dzieci, czyli siedmiu mędrców, których poznajemy w miarę upływającej fabuły. 
Trudno jednoznacznie określić z czym mamy do czynienia, gdy sięgamy po "Opowieść o siedmiu mędrcach", trudno skategoryzować tę pozycję, czasami trudno przeniknąć jej treść i dać się porwać. Ale, gdy już nas porwie fabuła, to nie oderwie nas od niej nawet atak falangi. Wiecie co to jest efekt 3D w kinie? Po przeczytaniu "Opowieści o siedmiu mędrcach" poznacie go w książce. 


antyczną podróż zafundował mi portal sztukater.pl oraz wydawnictwo Znak, za co dziękuję

ps. muszę dodać, że absolutnie uwielbiam robić zdjęcia książkom. Kocham to!

niedziela, 27 stycznia 2013

przecenowe ryzyko

Piszę o tym, ponieważ ostatnio sama stałam się ofiarą owego tematu. Mowa o szale książkowych przecen, który chociaż pozornie brzmi jak marzenie, to jednak obfituje skutkami ubocznymi, które aż kolą oczy. Oczywiście cudownie jest kupić kilka książek taniej, lub nawet w cenie jednej. "1 + 1", "3 za 2" i te inne matematyczne obietnice ściągają czytelników do księgarni. Jak dodacie do tego przeceny mebli, to już na pewno jesteśmy w niebie. 
Szkoda tylko, że poza ogromnymi bilbordami, reklamami w radiu, ulotkami, notatkami i innymi krzykaczami, możemy spotkać te potworne naklejki. Zły to pomysł, aby oklejać książkę! Bardzo zły! Rozumiem, że trzeba jakoś oznaczyć te, które są przecenione, od tych, które przecenione nie są, ale księgarnia z założenia książki kocha, niech więc nakaże swoim pracownikom utrzymywanie porządku. O wiele lepsze to, niż niszczenie okładek! Bo nie zawsze naklejka chce z nami współpracować i schodzi jak po maśle. Czasami zostaje kawałek, lub wręcz odrywa się kawałek, co już zupełnie jest nie do pomyślenia. Pół biedy, gdy okładka jest śliska i powleczona warstwą ochronną, wtedy możemy uniknąć zniszczenia. Jednak, gdy jest po prostu papierowa, narażona jest na uszkodzenie. A wszystko w imię niższej ceny! Auć! 
Sami widzicie, że powód do oburzenia jest całkiem duży i zatruwa mi radość z kupienia dwóch książek (i to jakich) za 30 zł. Miejmy nadzieję, że nie narazimy się na zemstę woluminów... 

piątek, 25 stycznia 2013

zimową porą

w Gdańsku temperatura krąży wokół 10 stopni Celsjusza na minusie. Mroźno, ale jak zawsze pięknie. Nie dziwi to nikogo, wszak stare miasta mają tę magiczną cechę. Chcę Wam pokazać fotki, które udało mi się pstryknąć rozładowującym się telefonem:



Mam zmarznięte nogi, ale było warto. Oj, warto...

:)

Kochanie! Widziałaś moje książki?


obrazek ze strony adairsmodernlife.blogspot.com

czwartek, 24 stycznia 2013

kartkopamiętacze

Jeśli nie ma nastroju na czytanie, trzeba starać się go zwabić. Najlepiej sprawdzają się wtedy interesujące kartkopamiętacze. Oto kilka z nich:

ze strony pimtim.wordpress.com odrobina świeżości, w tej bielutkiej zimie


coś jest w takich skromnych, delikatnych zakładkach.
Dalej mamy coś dla tych, którzy koniecznie muszą tworzyć notatki podczas czytania, a nigdy nie mają czym (ze strony blog.shoplet.com):


pewnie nie trudno odgadnąć, że najbardziej podoba mi się ta pierwsza, zielona. Na szczęście pozostałe kształty nie są nazbyt przekombinowane.
Ciekawie ubarwić nasze półki z książkami może kolejne znalezisko, ze strony www.designboom.com:



Musicie przyznać, że wygląda bardzo ciekawie.
Bardzo podoba mi się również kolejna zakładka, ale nie jest raczej mobilna i potrzebuje odrobinę więcej miejsca. Jej największą zaletą  jest efektowność i efektywność. Skutecznie i z przytupem, ze strony www.flavorwire.com:


na podobnej zasadzie działa kartkopamiętacz ze strony littlegoytre.wordpress.com:


chociaż muszę powiedzieć, że podoba mi się zdecydowanie mniej.
Na sam koniec mam dla was zakładkę ze strony thedesignhome.com. Ta zakładka również jest pewnego rodzaju meblem. Nie tylko pamięta gdzie skończyliśmy czytać (wiedza, którą trudno utrzymać), ale również może pomóc nam, gdy nastaje mrok:



jest idealna, gdy czyta się więcej, niż jedną książkę naraz. Jedna pomaga w czytaniu drugiej. Taki książkowy team work.
Co Wy na to?

sobota, 19 stycznia 2013

książkotrzymacz

Absolutnie genialne rozwiązanie! A jakie estetyczne:


Właściwie nie wiesz, czy to jeszcze półka na książki, czy już dzieło sztuki. Podlegające nieskończonej interpretacji i zniewolone przez wszechobecną mobilność. Jestem zachwycona.

znalezisko ze strony http://freshome.com

środa, 16 stycznia 2013

książki są wszędzie, literalnie wszędzie!

Nazwijcie mnie szaloną, ale książki na prawdę są wszędzie. Wiem, że mówiłam już to nie raz, ale one po prostu są wszędzie. Ostatnio wpadłam na nie w sklepie odzieżowym (!!!). Popatrzcie:



można ją zakupić i jest to album z modą. Wydany bardzo estetycznie i z całkiem niską ceną. Kto wie...

sobota, 12 stycznia 2013

bookcrossing

Zjawisko bookcrossingu, czyli książkowej wymiany w miejscach publicznych, zatacza coraz szersze kręgi. Co prawda ostatnio słychać, że pomysł ten w tramwajach nie wypalił, bo książki zostały skradzione (podobnie jak siatki, w których były), ale pierwsze koty za płoty. Mimo wszystko zawsze podchodzę do takich projektów bardzo pozytywnie, bo to oznacza, że jest zapotrzebowanie. Dodatkowo skoro e-booki i audiobooki przejmują stery na książkowym rynku, a w niektórych domach nie ma miejsca na pięknie (lub mniej) wydane woluminy, to warto zrobić coś z książkami innego, niż wyrzucać je do kosza ( :( ), lub palić w piecu (ałć!). Zresztą o fali książek w domu mogę sama coś powiedzieć, ponieważ z racji braku miejsca musiałam je poważnie ograniczyć. Zostawiłam sobie te ukochane, te istotne, te ładnie wydane, te pamiątkowe i te, które z jakiegoś jeszcze innego powodu chciałam mieć przy sobie. Teraz, gdy chcę coś poczytać, a niekoniecznie kupić w papierowym wydaniu, to albo idę do biblioteki, albo kupuję na kindla. Znacznie oszczędzam miejsce i, jakby nie patrzeć, fundusze. 
Sami więc widzicie, że bookcrossing to okazja, aby książki nie poszły na zmarnowanie i poratowały tych, którzy z jakiegoś powodu mają chwilowo wolne oczy, a zapomnieli własnej lektury. Stąd wielka moja radość, gdy podczas wizyty w Bioway'u (zapraszam do poczytania recenzji z tego miejsca na drugim blogu) zobaczyłam taką oto półeczkę:


Idealnie. I półeczka jest pod czujnym okiem obsługi, i jest w miejscu, gdzie nie pada i nie wieje. Cieszy oko zawartością i ideą. Podoba mi się to bardzo i gorąco zachęcam do korzystania. Nawet, jeśli nie macie ochoty nic stamtąd czytać, to swoimi książkami wypełnijcie wolne miejsca. Niech lektura idzie w świat!

piątek, 11 stycznia 2013

patrząc wstecz...

Witam w Nowym Roku! Z lekkim opóźnieniem, ale bardzo serdecznie. Nie mogłam się doczekać tego posta, bo okazało się, że bardzo lubię te roczne podsumowania. Przede wszystkim muszę powiedzieć, że rok 2012 należał do e-booków. Co prawda ja ich nie czytałam, ale robiło to wiele ludzi wokół. Dużo się mówiło o książkach elektronicznych, o ich plusach i minusach. Co prawda napisałam o nich tylko 3 posty, ale niech nie zwiedzie Was ta cyfra. W sekrecie zdradzę Wam, że obecnie sama przedzieram się przez e-bookowy świat. Zobaczymy co z tego wyniknie. Zacznijmy zatem:

w roku 2012:

powstały 142 posty
najwięcej do tej puli dołożyłam w lutym, bo aż 18 postów
najmniej napisałam w listopadzie, bo tylko 6, a wydawać by się mogło, że listopad sprzyja czytelnictwu,
jeśli chodzi o grudzień, to w tym właśnie miesiącu pobiliście rekord odwiedzin na moim blogu, za który bardzo Wam dziękuję

czas na ranking książek:
najciekawszą książką okazały się Wichrowe Wzgórza. Nic dziwnego, skoro nawet jak piszę to podsumowanie, to żałuję, że już jej nie czytam. Wiecznie ciekawa klasyka. 
Książka ta również zdobywa tytuł najbardziej romantycznej. Tragiczna miłość, ale jak porywa!
Najbardziej sensacyjną książką zostaje Prawda Terrego Pratchetta. Zresztą kraina sarkazmu, stworzona przez angielskiego aktora, zawsze literackim mlekiem i miodem płynie. 
Nikogo też nie zdziwi, gdy tej książce przyznam tytuł najzabawniejszej. To Pratchett w końcu!
Książką, którą czytało się najłatwiej jest  Żona_22. Kilka godzin i byłam już po lekturze. Co zresztą zbyt mnie nie ucieszyło, bo była napisana bardzo przyjaźnie i aż żal było rozstawać się z tym światem.
Zdobyłaby ona tytuł najbardziej wciągającej, gdyby nie Wichrowe Wzgórza, które zdobywają już trzeci tytuł w tym roku. 
I ostatni pozytywny tytuł, czyli książka wydana najbardziej estetycznie i tą zostanie Życie pod psem według Artura Schopenhauera. Po prostu musicie ją zobaczyć!

bez zbędnego wstępu przejdę do mniej chlubnych wyróżnień:
najmniej ciekawą książką (na szczęście nie nieciekawą) zostaje Ojciec Pio. Wizjoner naszych czasów. Wielka szkoda, bo książka opowiada o życiu wielkiego człowieka. Może gdyby konkurencja była słabsza...
Książka ta niestety dostaje również tytuł najmniej wciągającej.
Najtrudniejsza w czytaniu, przez nieciekawą fabułę i historię, nieprzyswajalny język, był Podróżnik stulecia
Z wielkim bólem serca muszę napisać, że Wichrowe Wzgórza pojawią się i w tej części i to właśnie do nich powędruje wyróżnienie za najmniej estetyczną. Trafiłam na jakieś tandetne wydanie, bez nazwy wydawnictwa, z niewyszukaną okładką. Na szczęście książka nie była moja i wróciła na swoje  miejsce w bibliotece. 

Rok 2012 dodał także dużo do działu książkopodróże. Pokazałam Wam literacki Paryż, literacką Pragę i Toruń. 
Pojawił się także nowy dział, czyli wywiady, a w nim Agnieszka Korol, Anna Klejzerowicz i Tomasz Kołodziejczak. Sami widzicie, że 2012 był urozmaicony. Czy 2013 taki będzie? Zobaczymy!

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Szczęśliwego!

Mam ogromną nadzieję, że rok 2013 będzie o wiele lepszy, niż 2012. 
Tego Wam i sobie życzę! Hej!


za fotkę dziękuję stronie http://causticcovercritic.blogspot.com

sobota, 29 grudnia 2012

e-book

W księgarni zauważyłam takie oto coś:



I jakoś tak mam mieszane uczucia co do sposobu eksponowania e-booków. Przede wszystkim, gdy wzięłam jeden, to reszta posypała się prawie natychmiast. I, jak zauważyłam, to nie zdarzyło się to tylko mnie, bo panował tam niewyobrażalny bałagan. Elektroniczne książki były pomieszane i powyginane (chociaż to drugie nie ma większego znaczenia). Porażał też niesamowicie mały wybór. Czy księgarnia e-booków nie powinna być bardziej komputerowa, niż papierowa? W końcu wkraczamy w elektroniczny świat. Masz czytnik, albo USB, podłączasz się do serwera, dokonujesz opłaty i pobierasz e-booka... A jeśli to zbyt skomplikowane, to przecież co za problem, aby pomógł Ci ktoś z obsługi, lub gdy robił to za Ciebie ktoś przy kasie. Oj, chyba trzeba nam jeszcze troszkę poczekać...


czwartek, 27 grudnia 2012

ah :)

Jeszcze w czasie przedświątecznej gorączki zakupowej, w sklepie, napotkałam taki oto książkowy bibelot:



W sumie nawet nie jestem pewna do czego mógłby służyć. Podejrzewam, że jako stoliczek, szafka nocna, albo cokolwiek do podtrzymywania czegokolwiek, co nie jest zbyt ciężkie i mokre. Tak czy inaczej, całkiem przyjemny design i misterne wykonanie. Chcę! Po co? Nie wiem :)