Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yann Martel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yann Martel. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 listopada 2011

Historia rodziny Roccamatio

     Wiecie dlaczego sięga się po książki znanych nam autorów? Żeby nie było niespodzianek. Kupujesz Pratchetta i wiesz, że wszystko, co nastąpi potem to będzie wysublimowany sarkazm i porywający humor. Kupujesz Chwina, żeby zatopić się w opisach świata przedstawionego i zatonąć w morzu szczegółów. Kupujesz Marqueza po to, żeby nic już nie było takie, jakie było poprzednie, a Schmitta po to, żeby całkowicie dać się porwać emocjom. Zatem, gdy kupujesz Martela również wiesz dlaczego.
     „Historia rodziny Roccamatio” to książka, która została wydana jako pierwsza, przez kanadyjskiego pisarza Yann'a Martela. Składa się ona z czterech opowiadań. Wydawnictwo Znak, za którego sprawą ukazała się ona na polskim rynku, wyposażyło ją w niebieską okładkę, bardzo przyjemną dla oka i wygodną do przenoszenia, bo nie jest zbyt łatwo podatna na zniszczenia.
     Każde z opowiadań jest porywające i interesujące, nie jest oczywiste, nie jest banalne. To właściwie wszystko, co można powiedzieć o tej pozycji bez głębszej refleksji. Ale nie oszukujmy się, to Martel, nie ma mowy o braku głębszej refleksji, bo to właśnie ona jest kluczem do niezapomnianej przejażdżki przez słowne tunele i metaforyczne zakręty.
     Ten, kto miał do czynienia z innymi książkami Martela (w zupełności wystarczy samo "Życie Pi"), doskonale wie, że samo pojęcie alegorii w tym przypadku nie wystarczy. Ten Kanadyjczyk dowiedział się czym jest alegoria, kilka razy ją zastosował, a potem popłynął na wielkich alegorycznych morzach i przygotował dla czytelnika alegoryczne wiry. Czytamy jedno, rozumiemy drugie, czujemy trzecie, a wychodzi czwarte.
     Idealnym porównaniem będzie tutaj wesołe miasteczko. Widzimy ogromne kolejki górskie. Spodziewamy się wrażeń, które na pierwszy rzut oka wydają się oczywiste i przewidywalne (toż kupujemy Martela!). Jednak, gdy wsiadamy do pierwszego wagonika (pierwsze opowiadanie, które ma przedstawić historię, której nie przedstawi w zupełności, w zamian za to zaserwuje nam opis relacji dwóch mężczyzn w obliczu nieuchronnego końca) zaczynamy zastanawiać się czy to, co widzimy, to na prawdę to co widzimy.
     Wagoniki ruszają. Rozpędzają się coraz bardziej, mijają pierwszy szybki zakręt. Zaczynamy czuć podniecenie, powolutku przyzwyczajamy się do szybkości i wydaje nam się, że ponownie jesteśmy panami sytuacji, ale niech nas nie zwiedzie kilka sekund zrozumienia, bo oto zbliża się uskok (drugie opowiadanie, pozornie spokojne, zbija czytelnika z tropu. To po prostu opis koncertu, ku czci szeregowca Donalda J. Rankina, potem spotkanie słuchacza z wykonawcą i rozmowa z kolegą. Po prostu. Ale odważcie się powtórzyć to, po lekturze tego opowiadania!).
     No dobrze, spodziewaliście się, że z uskokiem może nie pójść tak łatwo, ale udało się. Ponownie uczucie pozornego zrozumienia. Nie na długo, bo właśnie dociera do Was cień tunelu (trzecie opowiadanie jest zarówno porywające i przepełnione bólem, jak i oziębłe, obojętne i bezduszne. To różne warianty ostatnich godzin życia skazańca, opisanych w niezliczonych listach do jego matki). 
     W tunelu było zimno i ciemno, ale Wasze emocje powoli się uspokajają, bo znowu docierają do Was promienie słońca. Nauczeni doświadczeniem nie jesteście już bezgranicznie ufni i odrobinkę boicie się kolejnego zakrętu. Tym razem tymczasowy spokój Was nie zwiedzenie. I słusznie, bo przed nami ostatni zakręt (opowiadanie czwarte, to opowieść w opowieści. Opowieść starej kobiety przefiltrowana przez umysł młodego mężczyzny. Opowieść tak ulotna, jak odbicie w lustrze. Czwarte opowiadanie to przestroga przed pośpiechem i nieuwagą).
     Koniec przejażdżki. Wysiadacie z wagonika. I chociaż znowu możecie sami decydować jaki będzie Wasz kolejny ruch, to jednak cały czas musicie być uważni. Martel nie powiedział ostatniego słowa. 

sobota, 15 stycznia 2011

Beatrycze i Wergili

Recenzje książek najlepiej pisze się tuż po zakończeniu ich czytania. A jeszcze lepiej, gdy między napisaniem recenzji o książce, a samym jej czytaniem nie ma żadnej innej pozycji, która zakłóciłaby przepływ emocji. Człowiek może się wtedy całkowicie zanurzyć w emocjonalny ocean, który daje książka. Rozważyć akcję, przetrawić bohaterów, przeanalizować zakończenie. To coś jak z graniem na fortepianie. Ostatnie zdanie książki jest dźwiękiem, który po zakończeniu gry musi wybrzmieć pozostawiając po sobie bardzo głęboką i intensywną ciszę.  Dopiero wtedy zdajemy sobie sprawę jaka jest różnica między rzeczywistością książki, a światem, w którym aktualnie przebywamy. Wrażenie doprawdy niesamowite i szczęśliwy ten, który może je przeżyć.
„Beatrycze i Wergili” to najnowsze dzieło kanadyjskiego pisarza Yanna Martela, znanego głównie z powieści „Życie Pi”. Książka została nam zaserwowana przez wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz. 
„Beatrycze i Wergili” to opowieść pozorna, opowieść o niczym, która przeobraża się w poważną książkę o wszystkim. Wrażenie, które pozostawia po sobie kilka ostatnich kartek, poprzedzonych lakonicznym wprowadzeniem, jest zatrważające i warte każdej minuty spędzonej nad tą książką.
Henry jest pisarzem, któremu udało się napisać coś sensownego, ale już drugie literackie podejście jest absolutnie nie do przyjęcia przez wydawców i księgarzy. Powód jest prosty, o Holocauście nie można pisać nie pisząc o nim. Książka mówiąca o Holocauście inaczej, niż wszystkie pozostałe nie ma prawa bytu, a na pewno nie wydana w taki sposób w jaki wyobraził to sobie Henry. Co mu pozostaje? Wyprowadzka i poszukiwanie zagubionego spokoju. Gra w teatrze, pracuje w kafejce, dostaje listy od swoich czytelników. Czyta je, odpisuje na nie, wysyła i tak cały czas. Aż otrzymuje ten jeden konkretny list i postanawia sam dostarczyć odpowiedź.
W tym momencie Yann Martel zaprasza nas na niesamowitą przygodę, w której czasami trudno zorientować się czy książka jest książką, fikcja fikcją ,a rzeczywistość, rzeczywistością. Do świata zwierząt, owoców, milczenia i przenikliwego  wycia. Do świata śmiertelnej powagi i nieokiełznanego śmiechu z niczego.
Język bogaty w swej prostocie, wydłużone opisy, pozornie tylko niepotrzebne i pozornie tylko niezwiązane z fabułą. Literacki majstersztyk i powieściowe rażenie piorunem…

poniedziałek, 10 stycznia 2011

czemu nie? Bo nie!

kilkakrotnie już pisałam o tym, że audiobooki to nie wyjście dla mnie, a przynajmniej nie sposób na wartościową lekturę. I oczywiście mówiłam czemu, mówiłam jak, ale nie ma na świecie nic lepszego jak poparcie drugiej osoby. I okazało się, że czekać nie muszę długo, ponieważ pomocą mi służy pisarz Henry, bohater opowieści "Beatrycze i Wergili" autorstwa  Yann'a Martela.
Zobaczcie co mówi:
"Czytanie samemu i słuchanie cudzej lektury to dwa odmienne doświadczenia. Nie panując nad słowami, które polecono jego uwadze, nie mogąc iść własnym krokiem, ale wlokąc się niczym więzień przykuty łańcuchem do innych, odkrył, że nie przez cały czas uważał i nie wszystko zapamiętał."
Także sami widzicie!
A tak na marginesie już niedługo recenzja tej książki na moim blogu. Zapraszam!